poniedziałek, 31 marca 2014

Czuwając przy ikonach u Matki Bożej Łaskawej

Od 22 do 30 marca 2014 r. w podziemiach Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Warszawie miała miejsce wystawa ikon Maryjnych, zatytułowana: “Błogosławiona, któraś uwierzyła”. Zostało na niej pokazanych około 30 ikon wykonanych przez twórców związanych z pracownią “Droga Ikony”. Prace ukazywały życie Matki Bożej i Jej i cześć kultywowaną w tradycji Kościoła pod postaciami ikon imiennych. Wystawa była także do spotkań i rozmów z odwiedzającymi ją. Chcemy więc podzielić się świadectwem jednej kustoszek naszej wystawy.



*  *  *
Dyżurowanie na naszej wystawie było dla mnie pięknym doświadczeniem. Większość gości stanowili ludzie, którzy przybyli na Stare Miasto całkiem przypadkowo i zupełnie niespodziewanie znaleźli się wśród naszych ikon. Dla wielu było to pierwsze spotkanie z ikoną. Nie wiedzieli o niej prawie nic, więc pytali po prostu o wszystko! Dla niektórych czas się tam zatrzymał i sami tym faktem zaskoczeni podkreślali to, spędzali tam godzinę a nawet więcej, wracając do wybranych ikon po kilka razy.

Zwiedzający byli bardzo różnorodni w typie, narodowości i wieku. Od młodzieży wpadającej jak wicher, aż po księdza, który zorganizował przy naszych ikonach lekcję religii. Długo rozmawiałam ze starszym panem, byłym milicjantem z wydziału kryminalnego, który wspominał zaznania przemytników i fałszerzy ikon o zadymianiu werniksu nad wybranym gatunkiem drewna i o nawiercaniu dziurek imitujących korniki. Widać jak bardzo różnie zaczyna się miłość do ikon. Była też siostra zakonna, która w ikonie Matki Bożej Dońskiej odnalazła potwierdzenie swojego życia... Pokazała mi swoją rękę z obciętym w połowie palcem serdecznym. Okazując niezwykłą radość, przysunęła ją do dłoni dzieciątka, które w dońskiej ikonie ma podwinięty paluszek i... faktycznie rączka wyglądała dokładnie jak u siostry. Wniosek był taki, że utrata palca, jak się okazało, przez ślubną obrączkę związała ją jeszcze mocniej z Jezusem.

Nie sposób przekazać w tej krótkiej relacji wszystkie historie, jednak zgodnie stwierdzaliśmy, że w tych dniach po ulicy Świętojańskiej krążyli aniołowie, którzy niejedną osobę osobiście doprowadzili po stromych schodach na naszą wystawę.
Potwierdził tę tezę brat Rafał, który sprawował pieczę nad podziemiami mówiąc: “No przecież to jest SANTKTUARIUM MARYJNE! Tu się takie rzeczy dzieją…”
 
 


Tekst: Ewa Truszkowska
Zdjęcia: Wojciech Kitowski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz